sielskie-anielskie
czwartek, 09 września 2010
-Misiu, nudzę się (robi nadąsana minkę) -Nudzisz się, ze mną? Niemożliwe! -Nie o to chodzi, tylko ta twoja muzyka! (pogardliwie wydyma usteczka) -Moja muzyka? Co ty znowu wymyśliłaś? -Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. -Dlaczego nie? -Misiu, przestań, puść coś ładnego. Mam już powyżej uszu tych twoich szalonych gitar i wrzasku i perkusyjnego łomotu! -Co rozumiesz poprzez „coś ładnego”? -Coś, przy czym mogłabym odpocząć…Jakieś kojące, spokojne dźwięki… -Acha… -Z nienachalną elektroniką. -Uuu, łał, aż tak? - Coś jednocześnie trochę tanecznego, bujającego i wieczornego i seksownego, żebyśmy mogli słuchać tego, no wiesz, no wiesz kiedy… (rzuca powłóczyste spojrzenie rozkapryszonej lolity) , i koniecznie żeby było po francusku… (przeciąga się i chichocze) - Już szukam, już pędzę! - Coś takiego… pamiętasz, jak w zeszłym roku byliśmy na riwierze, w tym eleganckim hotelu, pamiętasz, jak w windzie coś tak nam przyjemnego grało, szeptałam ci wtedy do uszka, pamiętasz…pamiętasz, co szeptałam… A potem w pokoju, pamiętasz…? -Jakże bym mógł nie pamiętać! -No właśnie! (podskakuje miękko, jak kotka) I żeby było podobne go tych nuweli, tych, no wiesz, których słuchaliśmy wtedy…(miękko jak kotka zarzuca mi ręce na szyję) - Chyba wiem, co masz na myśli. Sprawdźmy SAINT PRIVAT! Są świetni.
Z głośników firmy harman/kardon sączy się wykwintna, wysmakowana podbita elektroniką bossanova z delikatnym kobiecym wokalem. Szyk, smak, klasa. Rzecz, której Audrey Hepburn mogłaby słuchać popijając sok pomarańczowy lub wspaniałą włoską kawę podczas porannej wizyty we wspaniałej włoskiej kawiarni. Tej samej muzyki mogłaby słuchać sprośna Emanuele w czasie jednej ze swoich miłosnych eskapad. Misio gasi cygaro w szklaneczce Burbona i jednym naciśnięciem pilota robi nastrój w pokoju. Rolety bezszelestnie spływają na okna, rozjaśniają się ukryte w suficie przytłumione światełka, rozsuwa się wielkie łoże…Zapalając świeczki, sprawdza jeszcze, czy w garnuszku z szampanem jest wystarczająca ilość lodu, czy truskawki są równie soczyste jak ostatnio. Zarzucając na siebie atłasowy szlafrok zwraca wzrok w stronę łazienki. Drzwi otwierają się powoli, słychać ledwo dostrzegalny szelest koronek… Saint Privat są na TEJ półce.
piątek, 25 czerwca 2010
Taaa, Openersiak zbliża się wielkimi krokami w trampkach, kaloszach przez kałuże mknie. Cztery dni ściskuuuu. A tamże The Phenomenal Handclap Band (tym razem nie mozna wierzyć stronie trójkowej, bo Szydło namieszała z nazwą, chrzcząc niesłusznie band jako ...Handclub...).
Słucham z coraz większą przyjemnością, wręcz się przykleiłem. To się przykleiło jak różowa balonówka do sznurówka lub. Hippi-disco? Indie-soul? Bluegrass-jazz? TOTALNY GROOVE! Mają brodatych brzydali i ładne dziewczęta! Mają kolorowe fatałaszki i inie wahają sie ich zakładać. Lato, rozwiane włosy, przewiewne pociągi, stróżki potu spływające niespiesznie po ciałach piegowatych dziewcząt, błogość leniwego popołudnia. Stare a nowe. Szejkjoras.
sobota, 27 lutego 2010
Powroty mają swój niewątpliwy urok. Chorzy, powracający prawie z zaświatów odkrywają smak życia, powracające do siebie pary przeżywają szał w sypialni, a powracający na arenę dziejów prominentny polityk zapewne syci się poczuciem nieograniczonych możliwości i lekko mu z powodu darowanych/zapomnianych win. Powroty kryją w sobie również element niepokoju. Czy dam radę? Czy się spiszę? Czy nie wyłożę się na pierwszym z brzegu głupim pytaniu? Czy jeszcze pamiętam, JAK TO SIĘ ROBI? Z tymi pytaniami mierzę się i ja, drogi czytelniku/czko/, Twój ulubiony recenzent płytowy. Spróbuję, żeby się przekonać, czy jeszcze potrafię, czy pokręcona fraza ojczystej mowy po raz kolejny wygra z oporem rockandrollowej materii, nie dla której owąż mowę wymyślono, o nie dla której! Oto kilka płyt, które wstrząsały moim jestestwem w chwilach medialnego niebytu: 1. Patric Wolf, Damaris Mroczny Irlandczyk serwuje nam swój folk na gitarę, sampler i świerszcze w kominie. Epka prezentuje artystę w kilku odsłonach: a to szalonej, (z rockowymi gitarami i rozbuchaną elektroniką), a to epickiej (wiadomo, bardowie północy, te sprawy, z płaczliwymi smykami jak z mainstreamowych hollywoodzkich produkcji), a to eksperymentalnej (przez co rozumieć należy oddanie sterów w ręce autopilota, czyli przejęcie kontroli przez automaty).
2. Dan Mangan, Nice, Nice, Very Nice Nic dodać, nic ująć. Rzadko się zdarza, żeby nazwa płyty tak ściśle odzwierciedlała jej zawartość. Rzecz dla miłośników „Przystanku Alaska”, „Men In Trees”, ewentualnie fajnego amerykańskiego „kina środka” (np.”Garden State”). Klimaty newjerseyowsko-kanadyjskie (to tylko z pozoru się wyklucza, odkryłem maaasę powiązań). No bo o czym można rozmyślać, słuchając tej płyty? Ja myślę (w byle jakiej kolejności) o nieprzemierzonych lasach, koszulach w kratę, poprzecieranych jeansach, przedmieściu wybrukowanym równymi domkami, ze żwirowymi podjazdami i kawałeczkiem zielonego backyardu, na którym miejscowi ziomale poustawiali grill i budweisera w srebrnych puszkach. O lokalności, prowincji, amerykańsko-kanadyjskich zadupiach (kurwa, w Bolandzie by się to „małą ojczyzną” nazywało, jak pragnę zdrowia…), gdzie życie sączy się leniwie w barze, sklepie z płytami, boisku, gdzie jakaś Peggy Sue straciła cnotę po lokalnych rozgrywkach futbolu z Buczem o rudych włosach i kanciastej twarzy. Dan Mangan mitologizuje przestrzeń najbliższego sąsiedztwa, opowiada o małych dramatach zwykłych ludzi (słowo „opowiada” jest tu jak najbardziej na miejscu), sprzedaje fajne historie i kupuje nas swoim lekkostrawnym, nostalgicznym folkiem. Ładne, kojące melodie. Jeżeli możemy mówić o niebanalnej muzyce do odpoczywania, to płyta Mangana jest jej znakomitym przykładem. Sad songs and walzes on selling this year.
Pan Dan czeka tu
3. Lay Low, Farewell Good Night’s Sleep Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą. Ale umówię się z nim pod warunkiem, że gra subtelne, balladowe country, przeciąga się jak kotka, ma pluszowe spodnie, mruczy, a jego oddech pachnie dojrzałymi truskawkami. No ale takich superbohaterów próżno szukać nawet w komiksach. No to zostaję w domu i zapraszam koleżanki. I co będzie wydobywać się z grającej szafy? Elegancka mieszanka dziewczyńskiego folku, bluesa, country, momentami nawet calypso. Przyjemne staroświeckie dźwięki, które to się snują, to podskakują, aż furkoczą falbany u kwiecistych sukienek (że coooo?).
furkoczące sukienki są tu
4. Owen, New Leaves Dan Mangan w wersji wielkomiejskiej (Mar, lepiej, lepiej już?). Opowieści o przyjaciołach, rozstaniach, przyjaciołach, rozstaniach, trudnej sztuce płacenia czyszu, przyjaciołach, rozstaniach…takie tam. Głównym bohaterem tej płyty jest jej producent. Serio. Jak się wsłuchamy, to usłyszymy taaaakie rzeczy. Na przykład: piosenki z wyeksponowanymi wokalami i półakustyczną aranżacja schowaną trochę w tło (takie to przynajmniej na moich głośnikach sprawia wrażenie), bardzo ładne melodie generowane według zasady „kropli dźwięku” (wyobraźmy sobie dźwięk rozproszony, zmielony, który nam kapie do piosenki), sporo nienachalnej elektroniki, fajne kombinacje pogłosów. Wychodzą z tego indie-popowe piosenki dla małych a zwłaszcza dużych chłopców. Do porannej kawy, do metra, do spacerów po Central Parku. Siła rażenia: umiarkowana.
5. Culture Reject, Culture Reject Bohema, bohema, artystowskie klimaty. Eklektyczny wór ze wszystkim. Najbardziej im po drodze do miejskiego folku. Trochę nudne. Jeżeli nie uśniemy, to może uda się dosłyszeć fajne wokalne dwugłosy na tle łagodnych akustyków w lekkich dysonansach, grające od niechcenia pianino i klarnet, a może i dziesiątki instrumentów perkusyjnych niestrudzenie podbijających rytm. Ta płyta jest trochę jak rój pszczół. Jak chmura informacyjna. Dużo dźwięków o rożnym stopniu natężenia, dynamicznie pulsujących i tworzących przyjemny, usypiający zgiełk.
Następnym razem będzie jeszcze więcej o szatanie.
czwartek, 03 grudnia 2009
Na czas jesiennej deprechy dobrze jest stać się dziewczyną i posłuchać nieco dziewczyńskiej muzyki. Kojącej, pachnącej, uroczej, flirtującej z nami i wprowadzającej w nasze życie To Miłe Zamieszanie, które tak kochamy, nawet jeżeli stawia nas ono od czasu do czasu w kłopotliwych sytuacjach. Każdy z nas, prawdziwie szorstkich maczo, przynajmniej raz w życiu dziewczyną już był. Ja na ten przykład wyglądałem tak:
Zaraz, zaraz – ktoś powie. Ale co zrobić, gdy jesteśmy już dziewczyną? Sytuacja tylko z pozoru jest beznadziejna. Gdy jesteśmy już dziewczyną możemy postarać się, by być dziewczyną trochę bardziej. Po udanej transformacji możemy zabierać się za słuchanie. Słuchając, należy skupić się na odpoczywaniu, czyli kontemplowaniu urody życia. Urodę życia najlepiej kontemplować przy: Too Soft Breakfast Songs Stajemy się wtedy śliczną, trochę postrzeloną Francuzką i czarujemy wdziękiem o zapachu gumy balonowej. Idealne na sobotnie śniadanie, kiedy musimy trochę mniej.Dobre na święta. Śnieg sobie pruszy, a w domu pachnie dobrą kawą, prezentami, słychać pozytywkę po babci. Indie-pop z dodatkiem Indie-folku. O:
Guma balonowa najlepiej smakuje TUTAJ
Amy Millan Jesteśmy dziewczyną w podartych jeansach i flanelowej koszuli. Jest ciepła majowa noc. Siedzimy sobie na werandzie naszego małego domku w pobliżu Toronto i tęsknimy. Trochę nam smutno, trochę źle, ale gdzieś w głębi mamy przeczucie, że wszystko będzie dobrze. Otulamy się kocykiem i wcinamy lody, aż w wiaderku pokaże się dno. Jeśli lubimy Cat Power, Feist, Jenny Lewis - Amy będzie w sam raz dla nas. Jeśli nie lubimy też. O:
Tiny Vipers Life on Earth Jesteśmy eteryczną brunetką. Gdzieś na północy USA. Noc, środek lasu, ognisko. Wznoszące się do nieba iskry na chwilę rozświetlają naszą twarz, a potem opadają jako strzępki popiołu. Żeby opowiedzieć smutną historię swojego życia mamy tylko sześć strun i głos. O:
Aby schłodzić się przy ognisku, kliknij TUTAJ
wtorek, 24 listopada 2009
Brodate facety z Portland. Facety o ponurych gębach. Facety o podartych portkach. Przeprowadzili się z Alaski do Oregonu, bo było im za zimno. I nagrali Płytę. Salvation is a Deep Dark Well to rzadkiej urody połączenie alt-folku goth-country, gospel i bluesa
Brodate facety z Portland. Facety o ponurych gębach. Facety o podartych portkach. Przeprowadzili się z Alaski do Oregonu, bo było im za zimno. I nagrali Płytę. Salvation is a Deep Dark Well to rzadkiej urody połączenie alt-folku goth-country, gospel i bluesa. Ognista jak najlepsza whisky muzyka płynąca z głębi, z trzewi, z krwioobiegu. Utkana z emocji. Mroczna i jasna zarazem. Znajdzie się tu i barowe pianino i akustyczny bas, banjo, mandolina i prymitywne, surowo brzmiące bębny i wierszyki do diable i ogniu piekielnym. Coś dla zwolenników Americany,16 Horsepower i Woven Hand, Munly’ego, i innych popaprańców. Słowem, amerykańskie korzenie odczytywane na nowo. Słuchając płyty przenosimy się gdzieś na początek wieku. Jesteśmy na polu bawełny. Jesteśmy u brzegu błotnistej rzeki. Jesteśmy pod brudnym niebem. Widzimy facetów, dla których wojna dobra ze złem wciąż trwa i jest wojną na śmierć i życie. Wyruszają na krucjatę wykrzykując swoje ballady i romanse. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Patrz i ucz się
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||