|
czwartek, 09 września 2010
-Misiu, nudzę się (robi nadąsana minkę) -Nudzisz się, ze mną? Niemożliwe! -Nie o to chodzi, tylko ta twoja muzyka! (pogardliwie wydyma usteczka) -Moja muzyka? Co ty znowu wymyśliłaś? -Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. -Dlaczego nie? -Misiu, przestań, puść coś ładnego. Mam już powyżej uszu tych twoich szalonych gitar i wrzasku i perkusyjnego łomotu! -Co rozumiesz poprzez „coś ładnego”? -Coś, przy czym mogłabym odpocząć…Jakieś kojące, spokojne dźwięki… -Acha… -Z nienachalną elektroniką. -Uuu, łał, aż tak? - Coś jednocześnie trochę tanecznego, bujającego i wieczornego i seksownego, żebyśmy mogli słuchać tego, no wiesz, no wiesz kiedy… (rzuca powłóczyste spojrzenie rozkapryszonej lolity) , i koniecznie żeby było po francusku… (przeciąga się i chichocze) - Już szukam, już pędzę! - Coś takiego… pamiętasz, jak w zeszłym roku byliśmy na riwierze, w tym eleganckim hotelu, pamiętasz, jak w windzie coś tak nam przyjemnego grało, szeptałam ci wtedy do uszka, pamiętasz…pamiętasz, co szeptałam… A potem w pokoju, pamiętasz…? -Jakże bym mógł nie pamiętać! -No właśnie! (podskakuje miękko, jak kotka) I żeby było podobne go tych nuweli, tych, no wiesz, których słuchaliśmy wtedy…(miękko jak kotka zarzuca mi ręce na szyję) - Chyba wiem, co masz na myśli. Sprawdźmy SAINT PRIVAT! Są świetni.
Z głośników firmy harman/kardon sączy się wykwintna, wysmakowana podbita elektroniką bossanova z delikatnym kobiecym wokalem. Szyk, smak, klasa. Rzecz, której Audrey Hepburn mogłaby słuchać popijając sok pomarańczowy lub wspaniałą włoską kawę podczas porannej wizyty we wspaniałej włoskiej kawiarni. Tej samej muzyki mogłaby słuchać sprośna Emanuele w czasie jednej ze swoich miłosnych eskapad. Misio gasi cygaro w szklaneczce Burbona i jednym naciśnięciem pilota robi nastrój w pokoju. Rolety bezszelestnie spływają na okna, rozjaśniają się ukryte w suficie przytłumione światełka, rozsuwa się wielkie łoże…Zapalając świeczki, sprawdza jeszcze, czy w garnuszku z szampanem jest wystarczająca ilość lodu, czy truskawki są równie soczyste jak ostatnio. Zarzucając na siebie atłasowy szlafrok zwraca wzrok w stronę łazienki. Drzwi otwierają się powoli, słychać ledwo dostrzegalny szelest koronek… Saint Privat są na TEJ półce.
środa, 01 września 2010
Co może zagrać kapela wywodząca się z Neurosis i Isis, której instrumentarium składa się z trzech gitar basu i perkusji? A, i byłbym zapomniał: jej członkowie wśród swych muzycznych faworytów wskazują Pink Floyd, Sonic Youth i The Cure. Taka kapela może zagrać tylko mgłę. Lub soundtrack do końca świata. Lub muzykę do filmu dokumentalnego o narodzinach kosmosu. Lub muzykę ilustrującą wnętrze atomu. Tak, pod warunkiem, że nazywa się RED SPAROWES.
Sprawa jest poważna. Nie mamy tu do czynienia z jakimiś zabijakami spod bloku mozolnie odciskającymi spracowanymi grabami trzy podstawowe rockandrollowe akordy, aby zdobyć przychylność dupeczek na dzielnicy, ewentualnie zaliczyć punkty u ziomali z następnej klatki. Tu szykuje się poważna sprawa. Z czego więc składa się mgła? Popatrzmy, posłuchajmy: brak partii wokalu, brak wyraźnych riffów, plamy dźwięku, którymi muzycy malują niespokojne pasaże, bezkształtna magma, brak konturów, chaos, który w naturalny sposób ciąży ku jakiemuś uporządkowaniu, ale który nie okrzepł na tyle, żeby osiągnąć jakieś formy stałe. Uwagę słuchacza przykuwa narastającą intensywność każdej rozciągniętej, kilkuminutowej instrumentalnej suity. Początek utworu jest zazwyczaj wolny i przestronny, chciałoby się rzec: wypełniony powietrzem. Tylko niezbędne dźwięki, piękne operowanie ciszą przefiltrowaną przez technologię (kosmiczne efekty gitarowe). Stopniowo przestrzeń jest zabudowywana, „pod” głównym motywem grzmią multiplikowane gitary, plamy dźwięku narastają, ulegają zwielokrotnieniu, Az osiągają emocjonalny zenit. Potem następuje wyciszenie. A potem zabieg się powtarza: nowa plama dźwięku, rośnie, wzmaga się, odchodzi. Taki zabieg tworzy zupełnie nieprzewidywalną, nerwową dynamikę. Ambient i noise. Ambient i noise. Bezkompromisowe energetyczne wyładowanie. Postrockowa psychodela najwyższej próby. Muzyka poważna na gitary i flangery. Drgająca kropelkami mgły.
Możesz ich posłuchać na stronie zespołu
piątek, 27 sierpnia 2010
Jak deszcz kapie, kap kap, kap, to w trawie zaczyna piszczeć, pisk, pisk, pisk. Idzie jesień. Kończą się wakacje. Czas wkładania ogórów do słojów. Czas pichcenia konfitur z owoców leśnych. Czas pozbywania się nadmiaru muszelek i kamyczków ze zbyt ciężkich plecaków. Czas do roboty. Jeśli jest. Idzie jesień, czas na grzyby. Tak naprawdę i na niby.
Kiedy idziemy z żoną na grzyby i przypadkowo, zaznaczam, przypadkowo, znajduję prawdziwka, słyszę podekscytowany głos wytrawnej zbieraczki: „szukaj brata!”. I szukam. Bywa, że znajduję. Zazwyczaj zmarnowanego i nadgryzionego chuderlaka, którego tylko z litości wrzucamy do koszyka. Jakże różni się od swojego królewskiego brata panoszącego się na środku polany. Ten jakby sam chciał, żeby go znaleziono prędzej, przed innymi. Skąd ten grzyboznawczy wtręt? Bo tematem dzisiejszej rozprawy będzie szeroko pojęte bliźniactwo, ze szczególnym uwzględnieniem bliźniactwa muzycznego, rokendrollowego, które wolę sobie tłumaczyć pokrewieństwem dusz-wrazliwości niż celowym, a więc ordynarnym zapożyczaniem się u kolegów. Zazwyczaj lepszych, piękniejszych, bardziej znanych. Chodzących w lepszych garniturach i wyrywających wspanialsze dziewczęta. Rozchodzi mnie się o dwa zespoły – szwedzkich ponuraków z Cut City (tu w roli zapóźnionego w rozwoju brata-bliźniaka) i stojących u progu wydania następnej płyty nowojorskich ponuraków z Interpol (tu jako matryca idealnego prawdziwka). Kim są chłopacy z Cut City? Sympatyczni wielbiciele rozpiętych na klacie koszul, bikiniarskich czapek i wyrazistych tatuaży. Powiedzieć, że ich debiutancka, i jak do tej pory jedyna długogrająca płyta, Exit Decades, brzmi znajomo, lub zgoła podobnie do dokonań nowojorczyków, to jakby przynajmniej popełnić nietakt. Brzmi identycznie. Można by ją uznać za jakieś skradzione nagrania lub w najgorszym wypadku odrzuty z sesji Interpol. Ta sama mroczna melodyjność, ta sama postpunkowa motoryka, wyrazisty, prosty, dudniący bas, te same rozmyte gitary, te same pogłosy, a co najciekawsze sposób wydobywania z siebie dźwięków przez wokalistę, który – mimo iż obdarzony banalnym w gruncie rzeczy głosem – potrafi frazować i tworzyć melodie wokalne dokładnie takie jak Paul Banks. Nie wiadomo tylko, czy to jest „celowe działanie określonych kół” czy też tak wyszło, bo tez lubią Bauhaus i Joy Divisioni gitarowe pogłosy, i też melancholijnie im w duszy gra. Nie wiadamo, czy uznać płytę za słabą, ponieważ jest zbyt podobna do muzyki kapeli uważanej za wybitną. Taka jest teza tej recenzji. Ja tak daleko nie pójdę, mnie się ta płyta podoba. Mimo iż za którymśtam przesłuchaniem piosenki Cut City wydają się ciężkawe, zbyt surowe, zbyt grubymi nićmi szyte. Pozbawione stygmatu wielkości. To nie ich wina. Lepszy rydz niż nic.
piątek, 30 lipca 2010
Dzień trzeci: Przesilenie
Mam taką teorię: pierwszy dzień festiwalu wypełnia euforia i wszystko się podoba, nawet jeżeli doskwiera. Środek, ze szczególnym uwzględnieniem przedostatniego dnia, wyostrza wszystkie niedogodności i otwiera bramkę degrengoladzie. Jesteśmy zmęczeni kolejkami, brakiem wody do mycia rąk, kolejkami, kiepskim jedzeniem, kolejkami, upałem bądź deszczem, kolejkami, nadmiernym spożyciem rozwodnionego piwa lub wręcz alkoholu, kolejkami, brakiem światła na głównych arteriach miasteczka festiwalowego w nocy, tłumem, potrącaniem przez tlum, wpadaniem na siebie, eeee, było już o kolejkach? W każdym razie ludzie stają się nerwowi, z jeszcze mniejszym przekonaniem respektują regulamin imprezy, co sprawia, że wszystko się dodatkowo wydłuża. Do głosu dochodzą zwierzęce instynkty. Przedostatni dzień zawsze wspominam jako najbardziej nerwowy, aż się chce wyjść z kina. Finał festiwalu sprawia natomiast, że wszystkie wyżej wymienione niedogodności, przykrości, a nawet ludzkie małostki (a przynajmniej ich poczucie) znikają jak ręką odjął. Ostatni dzień gwarantuje błogi powrót do psychicznej równowagi. Znów się cieszę, że tu jestem! Nim jednak to nastąpi zstępuję w cienistą dolinę. Przyjeżdżamy wieczorem, mocno spóźnieni. Prawie nie dało się wejść do kolejki SKM (dopiero trzecia z rzędu nas zabrała), potem horror przy autobusach, korek-gigant i dojeżdżamy na miejsce. Jestem wściekły. Regina Spektor – załapaliśmy się na kawałek. Bardzo sympatyczne granie. Jest u niej to wszystko, co lubię u Tori Amos i nie ma tego, czego u Tori Amos nie lubię. Kasabian – nagrywają fajne płyty, ale koncertowo to pompatyczne widowisko ku czci ego członków zespołu. Ponieważ nie mam 17 lat i nie jestem dziewczyną spokojnie opuszczam koncert w jego jednej trzeciej. Hot Chip – miłe zaskoczenie. Nie przepadam za muzyką taneczną, ale Hot Chip urzekło mnie bezpretensjonalnością (brzydale w sweterkach), nienachalnym zachęcaniem publiczności do zabawy, żywymi instrumentami i naturalną energią. Matisyahu – mój zdecydowany faworyt tego dnia. Już sama prezencja sceniczna tego pana jest ciekawa- brodaty i pejsiasty Żyd w jakiś resztkach hałata, arafatce i białym kapturku to podskakujący miarowo, to rzucający się wściekle po scenie jakby go sam Mike Patton gonił! Koncertowe wersje jego rapowanego chasydzkiego i podbitego elektroniką reggae zdawały się być nieco podrasowane w stosunku do płytowych oryginałów. Radosne bujanie przemieniało się raz po raz a to w punkową nawałnicę, a to opartą na korzennym rytmie rockową psychodelię, a to elektro-trans. Bardzo. Bardzo.
Dzień Czwarty: Dzień, w którym spełniają się marzenia
Od niepamiętnych czasów moim festiwalowym marzeniem było BYĆ WCZEŚNIEJ. I się po kilku latach udało, jakże piękne to zwieńczenie tegorocznej edycji. Boże. Przy okazji wyszły na jaw nowe i ciekawe fakty. BYCIE WCZEŚNIEJ JEST FAJNE! W głębi duszy zawsze byłem przekonany, że wcześniejsze przybycie na teren festiwalu oznacza same plusy, ale moi towarzysze upierali się, że nie, że nie prawda, a i jeszcze, co najważniejsze, że to w ogóle nie możliwe, żeby być wcześniej. Otóż możliwe! A plusy tego są następujące: nie ma kolejek, jedzie się spokojniutko, bez ścisku się jedzie; jest dużo czasu; panowie ochroniarze są wypoczęci i bardzo mili, żartują sobie z uczestnikami (ciastko z marihuaną); można się dowoli przechadzać szerokimi festiwalowymi alejami, nie przepychając się i nie będąc przepychanym; w związku z powyższym: można sobie wszystko dokładnie pooglądać, szczególnie to, czego się wcześniej z braku czasu nie widziało; można się ładnie uśmiechać do pań z Malboro albo Unimila, a one oddadzą uśmiech skwapliwie, bo nie mają w tym momencie nic lepszego do roboty; można udzielać wywiadów dla stacji telewizyjnych, gdyż w tych to wczesnopopoludnowych porach owe stacje koncentrują się właśnie na wypytywaniu ludzi (babciu patrz, jestem w TV); można polegiwać na trawce, sycąc się piwem i słońcem bez obawy, że ktoś przechodzący mimo spiesząc się zmiażdży nam twarz, rękę, lub przynajmniej efektownie się o nas, leżących, potknie; na przybywających wcześniej czeka oczywiście wiele wiele więcej innych atrakcji. Tymczasem. Muchy – bardzo przyjemnie popada się przy nich w alkoholowe odrętwienie, polegując na trawce, czego opisu dokonałem powyżej. The Hives – czyli dobrzy, żli i brzydcy - jak dla mnie to był najlepszy i (bo?) najbardziej rockandrollowy koncert tegorocznej edycji HOF. Boże, co oni z nami wyprawiali (Man?! – UUUUUUU – głosy zdecydowanie męskie, Woman?! – UUUUUUU! – głosy zdecydowanie żeńskie. Anybody Else?! – UUUUUU! - głosy nieokreślone; albo: wokalista poleca publiczności, żeby usiadła na ziemi i z 50 tys. ludzi siada na ziemi, słucha dykteryjki o chorobie perkusisty a następnie na komendę strzela w górę jak gigantyczne stado Pigmejów). Ubrane w szkolne mundurki łobuziaki bez zbędnych ceregieli przeszły do natarcia. Prym wiódł wokalista (gdyby ktoś kiedyś potrzebował odtwórcy głównej roli w remake’u „Mechanicznej pomarańczy” to Howlin' Pelle Almqvist byłby równie szalonym „szalonym Alexem” jak Malkolm Mcdowell). Opowiadali dowcipasy, przekomarzali się z publicznością, gibali się obscenicznie, latali wzdłuż i wszerz sceny jak dzieciaki po leżakowaniu, darli się do mikrofonów i szarpali w struny bez wytchnienia. Niesforne łobuziaki. Wszyscy zasłużyliśmy na klapsa! Wild Beasts – nie przyjmuję ich bezwarunkowo, ale uznaję za bardzo ciekawy zespół. Koncert bez fajerwerkow, bez mizdrzenia się do publiczności, ale ta ich krimsonowska prawie sekcja rytmiczna i grające skomplikowane struktury gitary w połączeniu z perlistymi głosami i czymś wodewilowym w muzyce (co jednak nie miało przełożenia na wizję) naprawdę robi wrażenie. Nie byłem do końca, bo poleciałem na White’a. Dead Weather – no wiadomo, kult. Diablica Mosshart i dandys Jack. Pięknie i stylowo. Scena efektownie odziana w kiry, techniczni odziani w eleganckie garnitury i kapelusze, czyli przebrani za Jacka, oślepiające reflektory i straszny czad. Grali tak głośno, że momentami nie było nic słychać. Diablica Mosshart przeginała się lubieżnie, wiła się po scenie, miotała w tantrycznych drgawkach. Jack popisywał się na bębnach, wyolbrzymiając wszystkie wady i zalety kapeli (nie zawsze było równo zagrane, nie zawsze!). Ogłuszający ryk publiczności. Brawa, brawa, brawa.
Text jest mocno spóźniony, ale niech tam!
Najpiękniejsze dziewczęta tylko na Openerze!
Już mówie jak było:
Dzień pierwszy. Zapach skoszonej trawy.
Po leniwej podróży i wesołych komunikatach „męskiej drużyny konduktorskiej” poddaliśmy się ogólnej ekscytacji. Monstrualne kolejki po wszystko wydawały się jeszcze fajne i takie…swojskie, jakby się po długiej nieobecności powróciło do domu. Rytualny program obowiązkowy zaliczyliśmy szybko: wymiana opasek, tradycyjny brak suplementacji programami festiwalu (jak w zeszłym roku), ukradkowe spojrzenia na feerię pięknych i kolorowych ludzi, kolejka po bilety na eskaemkę, transport na Orłowo, wizyta w najfajniejszym na świecie centrum handlowym Klif (zakupu w CH Klif to prawdziwy relaks ze względu na czystość, schludność, czarny fortepian na środku galerii oraz znikomą liczbę klientów, wszystkie te czynniki warunkują poczucie błogości, niewymuszonego wakacyjnego luzu), klifowy Mac i w te pędy do Dobrodzieja (początkowo byliśmy nieufni, ale pan okazał się przemiłym człowiekiem). A tam, na tym samym piętrze mamy „siedem dziewcząt z albatrosa”. Po przedwczesnym „hurra” zadźwięczało mi w głowie ostrzegawcze „o-o, będą kłopoty - łazieeeenka!” Szczęściem, dzięki wrodzonej łagodności i sprytowi, my, „męska drużyna openerowska nazwana potem wdzięcznie „desperados team” przetrwaliśmy i nieustanny szturm na łazienkę, i widok półnagich krzątających się za tuszem , to za lokówką, to prostownicą, to ot tak. O święty Antonii! O święty Krzysztofie! O święci Pańscy! No nic, dalej, dalej. Jedziemy na Lotnisko. Wtłoczylismy się jakoś (zostaliśmy wtłoczeni?) do openerowego autobusu i w niecałą godzinkę stania w korkach, podjeżdżania, stania, podjeżdżania, stania… (liczne rzecze fanów Pearl Jam skutecznie zakorkowały miasto, dziękujemy wam – fani Pearl Jam!) dotarliśmy na Babie Doły. Pierwsza bramka, druga bramka, chaos. Stajemy w kolejce po bony/kupony, kupujemy niedobrego puszkowego huinekena (za bramką będzie jeszcze gorszy), ukradkowe spojrzenia na Pięknych i Kolorowych, konsumpcja huinekena, set toitojowy, bramka główna i jesteśmy. Jak pięknie, jak wspaniale, jak wszystko brzmi, grzmi i huczy, ojej. Przyjęliśmy strategię interwałową: piwsko, toitoi, koncert. A właśnie… The Phenomenal Handclap Band – idealne otwarcie. Ludzi przy scenie nie za wiele, nie ma presji, gibaliśmy się więc swobodnie, chłonąc muzykę jak zmęczony dromader wodę. A było co chlonąć. Kapela bardzo przyzwoicie odegrała swoje souly-funky-groovy-disco z nowojorsko-psychodelicznymi naleciałościami. Po ich występie mogę samozwańczo przyznać sobie certyfikat zawodowego klepacza rękami, ewentualnie gibającego się gibona. Witamy w klubie. Pearl Jam – mimo upływu lat trzymają się dzielnie, starzejąc się z wdziękiem. Szczerość i skierowanie uwagi na publiczność, tak można opisać ten koncert. Eddie Vedder w kraciastej flanelowej koszuli (pół liceum nosiłem coś takiego) w niezmiennie dobrej formie wykonał wraz z zespołem wiązankę melodii romantyczno-czadowych, znanych i kochanych utworów z płyt 1-3 (tych było mniej) oraz rockandrollowych zakapiorów z płyt następnych (w większości). Najbardziej podobało mi się „Even Flow” (po którym zresztą dokonała się ewakuacja do namiotu), przywracające mi wiarę w potęgę rockowej solówki. W sumie legenda wytrzymała konfrontację z rzeczywistością. Pearl Jam dało dobry, choć nie porywający koncert. Na uwagę zasługiwały nieustanne komunikaty skierowane do publiczności z pytaniem, czy aby wszystko jest ok., czy wszyscy mają się dobrze, czy nikt nie ucierpiał – Eddzie, pomny „wydarzeń z Roskilde” skupiał się na kwestiach bezpieczeństwa, sygnalizował, żeby rozewrzeć szeregi, gdy pod sceną robiło się ciasno, zwracać uwagę na innych. Tricky – to było coś. W ogóle zestawienie Trickiego i Massivów na jednej imprezie było ciekawym posunięciem, po cichu liczyłem nawet jakąś małą sceniczną kolaborację, byłoby strasznie fajnie, gdyby syn marnotrawny został zaproszony do wspólnego wykonania takiej „Karmacomy” na ten przykład, ale tak się nie stało – Massiv Attack grało na dużej scenie dzień później, w tym czasie najprawdopodobniej Trickiego nie było już w Polsce… Do rzeczy. Pojawiliśmy się w namiocie kilka minut przed koncertem, co pozwoliło nam na zajęcie w miarę sensownego miejsca. Tricky pojawil się w kilka minut po rozkręcających się już na dobre muzykach z kapeli. Przez większość koncertu pozostawał właściwie niewidoczny, ukryty w mroku lub zakryty (taak, zakryty) mocnym, punktowym czerwonym światłem, zza którego wyzierał tylko kontur postaci. Artysta z rzadka śpiewając, za to rytmicznie podrygując, pokrzykując, pomrukując, zdawał się rezerwować dla siebie rolę kogoś w rodzaju mistrza ceremonii. Zaskoczyło mnie bardzo naturalne brzmienie rockowej, a właściwie to punkrockowej kapeli. Zywe instrumenty nadały tej muzyce ogromnej dynamiki. Kulminacyjnym punktem występu Trickyego było wykonanie coveru „Ace Of Spades” Motorhead. Publiczność oszalała. Miarowe podskoki i darcie mordy (that’s the way i like it, baby, I dont wanna live forever…the ace of spades, the ace of spades), przypomniały mi występ Sex Pistols w tym samym namiocie przed dwoma (dwoma?) laty. Gdybym pokusił się o porównanie tego koncertu do setu Massivów (ale gdzieżby tam…), musiałbym uznać, że były to dwie strony tego samego medalu. Awers i Rewers. Muzyka Massiv Attack zabrzmiała mrocznie, ale niezwykle sterylnie, z tymi swoimi konceptualnymi wizualizacjami (to tego jeszcze powrócimy), perfekcyjnym dźwiękiem, starannie dawkowanymi emocjami, pewnym nawet – powiedziałbym- wyrachowaniem. Tricky przy nich do dzika bestia, Mike Tayson trip-hopu, czysta atawistyczna energia, punkowy brud, elementarny czad. I choć anielskie głosy wspomagających wokalistek nie dorównywały anielskości głosu Martiny Topley Bird, było znakomicie. Zna-ko-mi-cie.
Dzień drugi: Alkohole.
Przypomina mi się scena z filmu „Wniebowzięci” , w której to Maklak, łypiąc okiem na Himilsbacha, skonstatował uprzejmie ich sytuację: A tak sobie latamy z kolegą. Dzień drugi charakteryzował się tym, że postanowiliśmy sobie z kolega trochę polatać. Dotarłszy na Babie Doły na lekkim rauszu, zadbaliśmy o to, by ten fenomenalny stan w sobie pielęgnować, ba, nawet go rozwijać, zwielokrotniać, pozwolić mu przynosić owoce. Nie byliśmy już na koncertach, BYLIŚMY NA FESTIWALU. Hitem tego dnia okazała się, prócz huinekenów, grilowana kiełbasa w kultowej budzie „Ko-chanie jak SIĘ MASZ” . Oto, cośmy, mniej więcej, zobaczyli.(jak zwykle nie udał się plan olewania dużej sceny i skupiania się na niszach). Mando Diao – i cóż, że ze Szwecji? Można być ze Szwecji i grać. Zespół w sumie na płytach więcej niż przeciętny, na żywo zaprezentował się bardzo dobrze. Konkretne, mięsiste rockandrollowe strzały, ukłony w stronę klasyki, bardzo dobry kontakt z publicznością. Bawiłem się setnie, choć w gruncie rzeczy nie wiele z tego pamiętam na skutek wspomnianych wyżej okoliczności przyrody. Grace Jones – polecieliśmy w te pędy (no, przesada) do namiotu na końcówkę, ale się do niego nie zmieściliśmy, obserwowaliśmy bok sceny i bok telebimu, i wyglądało to nieźle. Grace Jones kojarzyła mi się z plastikowym kiczem i sztucznością robota odzianego w lateksy oraz dziwaczną fryzurą „na klocka” Podczas tych kilku chwil spędzonych z boku namiotu potwierdziło się tylko to o lateksach. Widziałem drapieżną czarnoskórą kobietę o bajecznie długich nogach i kreacjach, jakich nie powstydziła by się Lady Gaga (gdyby jej szalony stylista miał raz spokojniejszy dzień). Zaskoczył mnie znów pełny rockowy skład i brudne elektryczne brzmienie. Więcej konstatacji nie odnotowałem, bo koncert się skończył zaraz po naszym przybyciu, zdaję się. Massiv Attack – jeśli podobają się nam piosenki, które już raz znamy, to czy ta zasada stosuje się do koncertów, które już widzieliśmy? Zdecydowanie tak. Wiem, że wielu rozczarowali, ale ja tam mogę ich słuchać i oglądać bez końca, nawet jeżeli dają mi bezczelną powtórkę z rozrywki. Koncert był prawie dokładnie taki sam, jak dwa lata temu . Wtedy zostałem wbity w ziemię, zdruzgotany, stałem oniemiały z rozdziawioną szczęka. Teraz po prostu bardzo dobrze się bawiłem. Świetne te same wizualizacje (wyrwane z kontekstu słowa, zdania, frazy), świetny (prawie) taki sam zestaw utworów przeplatających starsze (była karmacoma) z nowszym, świetni ci sami goście, nawet sceniczne uniformy jakieś takie podobne. A jednak poprzedni koncert wydał mi się bardziej transowy, „luźniejszy”, a tegoroczny był zdecydowanie bardziej mroczny i bezduszny, czuło się jakąś powagę w powietrzu. Empire of the Sun – próbowałem, próbowałem, ale rozbuchana scenografia i kostiumy rodem z komedii dell’arte w połączeniu z prościutką dance-łupaniną to za mało bodźców, które miałyby mnie utrzymać przed sceną. Uciekłem. Cypress Hill – zdecydowanie miałem za wysokie wyobrażenia. Właściwie mógłbym wybrnąć z niewygodnej dla mnie sytuacji, stosując metodę „kopiuj wklej” wykorzystując w tym celu końcówkę opisu Empire. Pamiętając jeszcze o kilku soczystych hiciorach kapeli w gitarowych aranżacjach oraz mając na uwadze postać Toma Morello, który przygrywał Sajprysom na ostatniej płycie, pozwoliłem sobie mieć nadzieję. Spodziewałem się walca, który wykorzysta hiphopową motorykę oraz rockowe brzmienie i da mi pancerny crossover, który zapamiętam bardziej niż, nie przymierzając, Bestie Boys. Zobaczyłem regularny raperski set, podczas którego kilku ziomali podrygiwało i pokrzykiwało do bitów i skreczy, trzymając się za jądra. Normalka. Pavement – ostatecznie znudzony poczłapałem do namiotu. A tam w miłej i sympatycznej atmosferze posłychałem sobie zgrzytów i trzasków w wykonaniu kapeli, o której nie wiedziałem nic, ponad to, że tytułuje się ją reaktywowaną legendą amerykańskiej sceny niezależnej. Rzeczywiście, było bardzo przyjemnie, koncert przyciągnął niewielką grupę wytrwałych, ciekawskich lub zagubionych. Pavement, to kapela, którą będę szanował, ale nie pokocham i nie będę do niej wracał. Muzyka reprezentuje gitarowy zgiełk i nerwowo wywrzaskiwane teksty, spod których, jeśli się dobrze wsłuchać, możemy wyłowić trochę fajnej melodii. Ostre i drażniące brzmienie, „biafrowa” maniera wokalna, dojrzali faceci na scenie, którzy nie muszą kusić nastolatków, żeby utrzymać się na fali.
|